:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  3°C bezchmurnie

Magiczna prowincja - odcinek 47: o zdjęciu na pierwszej stronie, wielkiej babie i nowych gościach...

powieść, Magiczna prowincja odcinek zdjęciu pierwszej stronie wielkiej babie nowych gościach - zdjęcie, fotografia

Powiedzieć, że ten dzień był ciężki, to za mało. Dużo za mało. To jest jedna z najgorszych śród w moim życiu! Najpierw dostało mi się w ratuszu, prezydentowi nie podobało się bowiem zdjęcie na pierwszej stronie urzędowego biuletynu. Widocznie przeoczył ten fakt przed drukiem, bo przecież wszystko akceptuje, korektuje, dopisuje. Można powiedzieć, sam tworzy swoją wielką historię...
- Ślepa jesteś?! - ryknął machając mi ratuszową gazetą niebezpiecznie blisko lewego oka. - Co to ma być?!
- Nie poznaje pan siebie? - zapytałam grzecznie, bo jego wrzaski nie robiły już na mnie większego wrażenia. A poza tym musiałam pokazać klasę, bo scena miała miejsce przed drzwiami sekretariatu  i panie tam siedzące dyskretnie strzygły uszami. - Przecież to pan na tym zdjęciu jest. A co chodzi?
- Nadęty tu jestem, źle wyglądam, taki wyraz twarzy nie budzi sympatii. Czego jeszcze nie rozumiesz?! Ty w ogóle nie masz o niczym pojęcia...!
I co tu rzec? Najlepiej byłoby mu poradzić, by zamknął wreszcie to swoje pyszczydło, bo czyja to wina, że na wszystkich zdjęciach wychodzi, jak wychodzi.
- Pan wybaczy, ale tego, czy ja mam pojęcie i o czym, to pan nie wie. I przypominam, że krów razem nie pasaliśmy, więc proszę się do mnie zwracać proszę pani. Pani Ewo ewentualnie - odwróciłam się i sobie poszłam, mam nadzieję, że z godnością... Pan Nadęty mnie nie gonił i przez resztę dnia miałam spokój. I nie miałam co robić, więc strasznie mnie to siedzenie zmęczyło.
A po pracy musiałam zrobić duże zakupy, bo to już prawie święta. Rodzice wrócili od siebie rozczarowani, gość, który miał ich dom wynająć, znalazł inne lokum, choć matka wysprzątała wszystko na błysk. Ku mojej radości ten dobry człowiek się rozmyślił, bo ojciec przebąkiwał, że dom nie może stać taki pusty i chyba trzeba będzie wracać...
Cieszyłabym się jeszcze bardziej, gdyby ciotka Katarzyna z wujem Staszkiem, zamiast ściągać tu na święta swoje córki, przejawili chęć opuszczenia mojego domostwa. Tym bardziej, że wszystko wskazywało na to, iż kulinarnie te święta będę musiała przygotować sama. Mamę dopadło i zaciągnęło do łóżka lumbago, a ciotka Katarzyna nigdy nie mogła być gorsza. Poinformowała nas, że odezwał się reumatyzm i nie może ruszyć ani ręką, ani nogą... 
I kto tu teraz ma nakarmić wiecznie głodnego wuja? I czym?! Możliwości kulinarne miałam dość ograniczone, gotowanie to nie jest raczej moja pasja. Może pierogi z serem im kupię? Zresztą czasu na gotowanie obiadu nie będę miała - myślałam sobie stojąc w kolejce do kasy w supermarkecie. Na dwudziestej pozycji, widocznie wszyscy postanowili w tym akurat momencie zakupy robić.
W domu miałam zamiar wykonać bardzo poważne zadanie. Postanowiłam bowiem upiec wielką, porażająco fantastyczną wielkanocną babę. Żeby na Adasiu zrobić wrażenie. Przygotowałam się bardzo dokładnie, prześledziłam dziesiątki przepisów, komentarzy, porad i tak dalej. Kupiłam składniki, formę i ta baba nie może mi się nie udać.
- Kiedy będzie obiadek? - wujek Staszek pojawił się w kuchni, gdy otwierałam lodówkę. - Głodni z twoim tatusiem jesteśmy. Jak wilcy... Kasia śpi, twoja mama śpi, a my z głodu już słabi...
- Kto wepchał tu to wielkie jajo? - strusi symbol świąt, przytargany przez Gabrysię wypełniał większość lodówki. Miała z niego robić pisankę, a tymczasowo znalazłyśmy mu miejsce na ganku.
- No ja - odparł wuj. - Ono musi tam być, bo się w cieple zepsuje. A ty wiesz, Ewuś, ile z tego byłoby jajecznicy? Taka wielka jajecznica...
- Pierogi z serem będą później. Zróbcie sobie kanapki, ciasto piec będę.
- Pierogi? Tak na obiad? - wuj był zrozpaczony, ale wyjął w lodówki pęto podwawelskiej, dołożył z chlebaka kilka bułek i poszedł do salonu. Wyniosłam strusie jajo z powrotem na ganek. Po co mi to jajo, niech Gabrysia je w cholerę zabiera! Gdzie ja taką pisankę mam położyć!?
Czas na moją wielkanocną babę. Położyłam sobie wydrukowany przepis, podobno na najlepszą z bab, wyjęłam niezbędne akcesoria i przystąpiłam do tworzenia kulinarnego dzieła.
Dwie godziny później w całej kuchni był bajzel, a baba okazała się zakalcem. Postanowiłam się nie poddawać i powtórzyć procedurę.
Cztery godziny później bajzel był potworny, a baba okazała się nieforemnym, rozklapciałym czymś. Wielkim czymś! Rozejrzałam się dokoła i już miałam przystąpić do trzeciej próby, gdy przyszedł Adaś. 
- Boże! Co się tutaj stało? - bajzel rzeczywiście był przerażający. - Gotowałaś dla całej armii czy co?
- Wielkanocną babę piekłam - starałam się zachować godność do końca. - Ale piekarnik się zepsuł. I nie wyszła...
- A co się zepsuło? Mogę spróbować naprawić - Adaś był poważny, ale doskonale wiedział, o co chodzi. I drgała mu szczęka. Śmieszyła go ta moja porażka? - Przewidziałem, że ci się ten piekarnik zepsuje...
Z korytarza przyniósł ogromny karton.
- Proszę. To twoja wielka wielkanocna baba - powiedział, przytulając mnie mocno. - Największa z bab. Trzeba posprzątać to gruzowisko...
Rzeczywiście baba była ogromna. I piękna. Nie wiem, skąd on ją wytrzasnął. Ależ on jest słodki i tak mi dobrze było w jego objęciach. Z rozmarzenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. O tej porze to może być tylko Gabrysia. Niech zabiera to swoje jajo!
Ale za drzwiami nie stała Gabrysia. Stały córki ciotki Katarzyny i wuja Staszka. Wysoka blondynka i wysoka brunetka, obydwie zadbane i obładowane bagażami. Spod bramy akurat odjeżdżała taksówka. 
- Wreszcie ktoś otworzył. Miałyśmy przyjechać jutro, ale chciałyśmy mamie zrobić niespodziankę... - powiedziała blondynka. - To gdzie nasz pokój? Bo trzeba zanieść tam rzeczy... A gdzie mama i tatko? Jest tu ciepła woda? A to miasto to daleko stąd?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo do ganku przybiegła truchcikiem ciotka, widać reumatyzm nagle jej odpuścił. 
- Dziewczątka moje! Jak ja się za wami stęskniłam - ciotka przygarnęła dziewczątka w swoje obszerne ramiona.
- Co się tu dzieje?- z salonu przyszedł mój ojciec. - Napadli nas znowu?
- Czemu tak krzyczycie, człowiek nawet w chorobie spokoju nie ma - to matka krzyczała ze swojej sypialni.
- Już jest obiadek? - to był wujek Staszek. Przyszedł do ganku, kończąc resztkę podwawelskiej.
- A my to się chyba nie znamy? - to była brunetka. A mówiła do Adasia, który wyszedł akurat z kuchni. A mówiła z błyskiem w oku i prężąc pierś. Mizerną na szczęście...
KObieta, rys.: Jacek Łukaszewski

Magiczna prowincja - odcinek 47: o zdjęciu na pierwszej stronie, wielkiej babie i nowych gościach... komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się