:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?

Z żalem, ale z szacunkiem i klasą pożegnano proboszcza w Królewie

religijnie, żalem szacunkiem klasą pożegnano proboszcza Królewie - zdjęcie, fotografia
Gazeta plonszczak.pl 01/07/2019 12:03

Kiedy kilka tygodni temu płocka kuria biskupa ogłosiła, że w parafii Królewo (gm. Joniec) będzie zmiana proboszcza - wśród mieszkańców zapanowała konsternacja. Nieskrywany żal z powodu odejścia ks. Witolda Zembrzuskiego czuć było także w czasie niedzielnej (30 czerwca) uroczystości pożegnania proboszcza.

A była ona niezwykła - skupione twarze, myśli jakby krążące po wspomnieniach tych ponad dwunastu minionych lat, wiele mokrych od wzruszenia oczu i autentyczny żal pożegnania. Jednocześnie wielki wzajemny szacunek - taki prawdziwy.

Bo ksiądz Witold żegnał się ze swoją pierwszą - w roli proboszcza - parafią, zaś społeczność żegnała nie tylko swojego proboszcza, ale przede wszystkim człowieka.

Bo Witold Zembrzuski, to taki rzadko w tych czasach spotykany ksiądz. Osadzony w roli lidera i organizatora parafialnej społeczności, ale jednocześnie skromny, nie pozujący na ważną personę - taki ludzki po prostu. Znajomy, sąsiad, niekiedy przyjaciel - tak go wielu zapamięta. I uśmiech - taki życzliwy. Ksiądz otwarty na ludzi. Ale jednocześnie w sprawach ważnych zasadniczy.

- Niech nie będzie to obrazą, ale to taki… ksiądz do tańca i różańca - ocenił jeden z parafian.

I dodał, że ludzie mieli poczucie, że z tym proboszczem nawet najgorsze rzeczy jakoś się wyprostują. Bo w razie czego i na pomoc można liczyć, a i ryzyko koniunkturalnych zachowań w sprawie łamania etycznych zasad wśród członków wspólnoty nie istniało.

I właśnie takiego proboszcza żegnała społeczność parafii Królewo, w niedzielę 30 czerwca. Żegnała na uroczystej mszy, jak i po niej podczas parafialnego pikniku, ze słynną królewską grochówką, grillem, lokalnym oscypkiem czy ciastami.

A w czasie mszy - jak wspomnieliśmy - było wzruszająco. Dla proboszcza także, który w czasie pożegnań… zdjął okulary, bo - co tu ukrywać - zaczęły doskwierać namacalne oznaki wzruszenia.

Dziwić to jednak nie może, bo w pożegnaniu parafian przypomniano proboszczowi o jego słowach, kiedy powiedział, że pierwsze probostwo, to jak pierwsza miłość bądź zapach rodzinnego domu - deklamując też wzruszający wiersz o rodzinnym domu.

Tak właśnie wspólnota parafii Królewo postrzega ks. Witolda Zembrzuskiego - jako członka rodzinnego domu. Dziękując proboszczowi za wszystko i życząc mu wszystkiego co najlepsze w innej parafii - społeczność jasno wyraziła swoje oczekiwania. Liczy, że parafia Królewo pozostanie nie tylko we wspomnieniach ks. Witolda, ale będzie miejscem, do którego - tak jak do rodzinnego domu - będzie wracał.

- Skoro pierwsza parafia jest jak dom rodzinny to płynie z tego oczywisty wniosek. Ty tutaj, jesteś i zawsze będziesz u siebie. A drzwi tego pięknego kościoła, drzwi naszych domów i przede wszystkim drzwi naszych serc będą dla Ciebie zawsze otwarte, otwarte na oścież - kończyli pożegnanie, życząc Bożego błogosławieństwa, przedstawiciele parafian.

Symptomatyczny pozostaje fakt, że akurat w tym momencie „odezwał się” na godzinę dwunastą kościelny zegar - zegar przyniesiony do świątyni przez księdza Witolda, który jest wielkim znawcą i pasjonatem tych przedmiotów.

Słów podziękowań i życzeń było wiele - także podczas pikniku, kiedy do proboszcza podchodziła niekończąca się liczba osób. Autentycznie szczere rozmowy, podziękowania, życzenia.

To było naprawdę pożegnanie z klasą - wielkie pożegnanie.

- Ktoś kiedyś powiedział, że dla ładnego pogrzebu to nawet warto wcześniej umrzeć - podsumowywał uroczystość ks. Witold Zembrzuski. - Dla takiego ładnego pożegnania, warto wcześniej odejść.

Ludzkie sprawozdanie

Zwyczajem uroczystości pożegnalnych, proboszcz Zembrzuski w czasie kazania dokonał sprawozdania ze swojej posługi. Niespodzianki nie było - ks. Witold poinformował tylko, że sprawozdanie ze spraw materialnych było już wcześniej i… skupił się na aspektach ludzkich.

Poniżej obszerne fragmenty tego podsumowania:

„Na swoim obrazku prymicyjnym napisałem słowa modlitwy św. Franciszka z Asyżu które brzmią: nauczycielu, spraw, bym chciał nie tyle być pocieszanym, ile pocieszać, nie tyle być rozumianym co rozumieć; nie tyle być kochanym, ile kochać.

I to jest motto, krótki program mojego kapłaństwa. Chciałem więc będąc pośród Was byście widzieli we mnie zawsze przede wszystkim człowieka, który jest taki sam jak inni choć jest postawiony jako ten, który ma wskazywać Boga. Stąd zawsze o ile było to możliwe to byłem z Wami jeśli mnie zapraszaliście na swoje uroczystości. Przeżywałem z Wami przyjęcia ślubne, komunie oraz pogrzeby. Przez 12 lat i 3 miesiące  poznałem Was wszystkich, z niektórymi udało się porozmawiać i pobyć więcej, z innymi trochę, ale byli i tacy, z którymi nie udało się spotkać. Mam więc nadzieję, że może mój następca ks. Adam pociągnie ich do Chrystusa.

Podczas tego pobytu wśród Was przyjąłem do kościoła Chrystusowego podczas chrztu 239 dzieci, przed tym ołtarzem pobłogosławiłem 126 parom małżeńskim oraz na nasz cmentarz grzebalny odprowadziłem 272 osoby. W takich chwilach odejść dokonuję się podsumowania. Jak mnie oceniacie i jakim pozostanę w Waszej pamięci? Pewnie są różne odczucia, których teraz już nie sposób zmienić. Jeśli kogoś zawiodłem, nie sprostałem oczekiwaniom to przepraszam. Nigdy nie chciałem komuś celowo sprawić przykrości. Nie mam przyjemności w zadawaniu bólu.

Cieszę się z tych, do których udawało się mi dotrzeć, którzy podczas różnych wspólnie przeżywanych chwil w kościele, czy przy stole oraz podczas licznych wycieczek stali się niczym rodzina.  Ubolewam nad tymi, których nie pociągnąłem do Chrystusa. Bardzo jest mi przykro z powodu zanikającej w kościele młodzieży. Tylko nieliczni po sakramencie bierzmowania trwają przy Chrystusie, sadze że trochę rodzicom nie udało się stanąć na wysokości zadania, albo  odpuścili bo wiara nie jest dla nich wartością najważniejszą.

Dziś chciałbym się skupić jeszcze na tym wszystkim co duchowe. Wspomnijmy sobie to, że przez te lata mieliśmy coniedzielną adorację Najświętszego Sakramentu prowadzoną przez Koła Żywego Różańca.

Po nawiedzeniu obrazu Matki Bożej Częstochowskiej śpiewamy w niedzielę godzinki  o Niepokalanym poczęciu Matki Bożej.

W setną rocznicę objawień fatimskich, wprowadziliśmy nabożeństwo fatimskie które dobrze się przyjęło i gromadzi około osiemdziesięciu osób.

Bardzo mnie cieszy to, że udało się nam przez wszystkie lata organizować na Boże Narodzenie paczki dla wszystkich dzieci  będących w kościele, które wręczał św. Mikołaj.

Podczas adwentu były mszę roratnie po których była gorąca herbata, owoce, słodycze.

Dość dużo osób z naszej parafii przystępuje do komunii świętej i korzysta z sakramentu pokuty.

Jestem bardzo wdzięczny paniom dbającym o wystrój naszego kościoła - myślę tu o dekoracjach okolicznościowych, kwiatach w kościele i przed kościołem.

W Pruszkowie od 3 lat jest już poświęcenie pól wraz z mszą świętą. Frekwencja jest coraz lepsza i mam nadzieję że takie praktyki podejmą mieszkańcy innych miejscowości.

W maju cyklicznie mieliśmy mszę na cmentarzu w okolicach Dnia Matki. Zawsze też w maju mieliśmy rajd rowerowy połączony z nabożeństwem majowym przy figurkach na trasie Krajęczyn – Kuchary.  Mam nadzieję, że te nasze zwyczaje będą kultywowane, a może zrodzą się jeszcze nowe wraz ze zmianą duszpasterza.

Bardzo mnie cieszy to, że udało się nam dość dobrze zwiedzić  naszą ojczyznę odwiedzając wszystkie jej regiony. Część z nas też wybierała się ze mną świat pielgrzymując do różnych zakątków i sanktuariów w Europie i Ameryce, Azji - Bliskim Wschodzie.

Jak mi było pośród Was? Bardzo dobrze, bo tak bezpośrednio tylko dwa razy miałem dość nieprzyjemna rozmowę i to na początku pobytu. Poza nimi było zawsze miło i serdecznie, choć czasem słyszałem, że nie zawsze wszyscy mówiący w oczy miło, mówili o mnie miło poza mną. Dobrze mieć taką zasadę o co Was z serca proszę - im mniej mówimy źle o innych tym lepiej dla nas samych. Pan Jezus przestrzega nas, taką miarą jaką sądzicie będziecie sami osądzeni. Wiadomo, że podczas plotkarskich osądów jesteśmy sędziami bez miłosierdzia. Czy chcę być sadzony bez miłosierdzia?  Chrystus wzywa nas do tego byśmy byli apostołami, byśmy głosili dobrą nowinę - natomiast jeśli mówimy źle o innych jesteśmy niestety ale apostołami samego diabła. Niesiemy wtedy zgorszenie, podsycamy ogień który należy gasić, aby nie opanował nas i naszych najbliższych. Może warto żyć zgodnie z zasadą ilekroć mówię o kimś źle to tyle czasu minimum za niego się modle co o  nim źle mówiłem?

Bardzo serdecznie pragnę podziękować za wszystkie przejawy życzliwości, dobre słowo i jakiekolwiek wsparcie. W ostatnim czasie szczególnie dużo okazywaliście mi sympatii i życzliwości. Ja w swoim życiu i posłudze będę wspominać i polecać Bogu prosząc, by Wam błogosławił”.

Ingres nowego proboszcza 7 lipca

Przypomnijmy, kuria biskupia w Płocku, 15 maja oficjalnie poinformowała o tegorocznych zmianach proboszczów, w tym w parafii św. Zygmunta w Królewie.

Ksiądz mgr Witold Zembrzuski został mianowany proboszczem parafii św. Andrzeja Apostoła w Brwilnie, a od 1 lipca administratorem w Królewie będzie ks. mgr Adam Milewski, dotychczasowy wikariusz parafii pw. Wniebowzięcia NMP w Dzierzgowie.

Podczas niedzielnej uroczystości ksiądz Witold Zembrzuski prosił o życzliwe przyjęcie nowego proboszcza i poinformował, że uroczysty ingres nowego proboszcza odbędzie się w najbliższą niedzielę, 7 lipca, o godzinie 11.

- Mój następca, ksiądz Adam mówił, że też będzie mówił krótkie kazania - skończył z humorem ks. Zembrzuski.

tekst i foto: Artur Kołodziejczyk

 

Królewski pielgrzym

„Królewski pielgrzym” - pod takim tytułem ukazał się w „Płońszczaku”, artykuł autorstwa Łukasza Wielechowskiego, prezentujący sylwetkę ks. Witolda Zembrzuskiego. Był marzec 2017 r. - roku dla księdza szczególnego, kiedy świętował 25-lecie kapłaństwa i 10-lecie probostwa w Królewie.

Przy tej okazji warto wrócić do niego, bo przedstawia całą historię ks. Witolda - poniżej publikujemy jego treść.

„Jako uczeń marzył, by zostać zegarmistrzem. Jednak jego los, przed którym (nie)próbował się bronić, potoczył się inaczej… Po maturze wstąpił do seminarium i ten rok jest dla niego jako kapłana jubileuszowy. Od lat jego pasją są pielgrzymki do znanych sanktuariów na całym świecie” - pisaliśmy we wstępniaku.

Najmłodszy z piątki rodzeństwa

Ksiądz Witold Zembrzuski (proboszczem w Królewie od 20 marca 2007 r.), jako uczeń nie myślał o życiu w kapłaństwie oraz służbie Bogu i ludziom. Wewnętrzny głos ciągle jednak mówił mu, że to właśnie jest jego powołanie. Po półrocznej nauce w niższym seminarium opuścił je, by wrócić do „świata” (tak życie poza murami seminarium nazywają klerycy) i kontynuował naukę w szkole średniej w Przasnyszu. To tam odkrył kolejny sposób na życie, którym była naprawa zegarków elektronicznych. Dzięki swojej pasji znalazł też sposób, by dobrze zarabiać. Dzięki naprawie zegarków, które w tamtym czasie były drogie, ksiądz Witold kupił dobry sprzęt nagłaśniający. Dzięki niemu często uczestniczył w imprezach organizowanych w szkole i internacie, zapewniając muzykę.

Witold Zembrzuski z Krzynowłogi Małej (pow. przasnyski) urodził się 1 lutego 1968 roku jako piąte i najmłodsze dziecko Jadwigi i Edmunda Zembrzuskich. Pierwsze lata edukacji spędził w szkole podstawowej w Ożumiechu, gm. Dzierzgowo, którą zamknięto. Po likwidacji szkoły naukę kontynuował w szkole zbiorczej w Krzynowłodze Małej. Od najmłodszych lat wiedzę zdobywał szybko, co zaowocowało w dorosłym życiu.

Jak każdy chłopiec przeżywał różne zauroczenia koleżankami, miał też sympatie, które bardzo mu się podobały. Jak sam przyznaje - miał sympatie bliższe, ale trudno to uczucie nazwać miłością.  Proboszcz żartuje, że na pewno nie był zaręczony. Szukał ciągle swojego życiowego powołania.

Po skończeniu nauki w szkole podstawowej w 1982 roku, Witold Zembrzuski postanowił wstąpić do niższego seminarium w Płocku (czyli szkoły katolickiej), gdzie spędził tylko pół roku.

Jako pierwszoklasista (1974 r.), drugi z prawej w górnym rzędzie. (foto: zbiory prywatne)

- Za bardzo chyba byłem związany z rodziną, a w niższym seminarium mogliśmy wyjeżdżać do domu raz na dwa miesiące. A ja miałem dopiero 14 lat - wspomina ks. Witold.

W niższym seminarium młody Witek nie potrafił się uczyć w salach, w których w ciągu dnia prowadzone były lekcje. Brakowało mu ciszy, intymności, która sprzyjała nauce i to też miało wpływ na decyzję, że opuścił płocką szkołę i wrócił w rodzinne strony.

Czas strzelania

Naukę kontynuował w liceum zawodowym na kierunku mechanik obróbki skrawaniem. W szkole średniej, podobnie jak w podstawówce, dobrze się uczył. Przyznaje, że zawsze był średniakiem, ale nauka - choć po lekcjach nie ślęczał nad książkami - nie sprawiała mu problemów. Mimo to był trzecim lub czwartym uczniem w klasie pod względem wyników i mógł pochwalić się lepszymi stopniami.

- Nie poświęcałem dużo czasu na naukę, bo zawsze miałem taką zasadę, żeby siadać w pierwszych ławkach, by lepiej słyszeć, co mówi nauczyciel - wspomina. Dodaje, że z lekcji starał się zapamiętać jak najwięcej, bo w internacie, w którym mieszkał było wiele ciekawych zajęć do robienia.

Ulubionym przedmiotem ks. Witolda było przysposobienie obronne i strzelanie, które trenował w szkole. Miał wtedy też swój karabinek SM z przyrządami zamkniętymi. Bardzo często chodził na strzelnicę, która znajdowała się po sąsiedzku ze szkołą. Nieraz brał też udział w zawodach strzeleckich, zdobywając trofea. Ta młodzieńcza miłość pozostała, wciąż przyjemność sprawia mu strzelanie.

Zarówno ta pasja, jak i naprawa zegarków była jego sposobem na stres. Gdy był zdenerwowany różnymi życiowymi sytuacjami, siadał i rozbierał zegarek, który z powrotem później składał.

Gdy nadszedł czas najważniejszego egzaminu w życiu postanowił, że do niego po prostu nie przystąpi. Nie dlatego, że bał się oblania matury, ale dlatego, że wiedział, że po egzaminach będzie musiał wstąpić do seminarium.

- Czułem wewnętrzny imperatyw, by zostać księdzem, ale w szkole średniej to się zmieniało. Raz chciałem, a za kilka dni miałem już inne pomysły na życie, choćby zegarmistrzostwo. Różne myśli chodziły wtedy po głowie, ale wewnętrzny przymus mówił, by wrócić do seminarium - przyznaje po latach ks. Zembrzuski.

Studniówka w przasnyskim liceum. Maturzysta Witold pierwszy od dołu. (foto: zbiory prywatne)

Do przystąpienia do egzaminu dojrzałości ks. Witolda zmobilizowało starsze rodzeństwo, które zapytało wprost, czy zwariował, skoro nie chce iść na maturę. - Po ich słowach postanowiłem, że pójdę, ale nie będę się do niej uczył. I tak jakoś opatrznościowo dość dobrze zdałem maturę, bez szczególnego przygotowania - śmieje się duchowny. Dodaje, że odsiew na maturze był duży i prawie połowa z jego roku oblała egzamin.

Wielki powrót do seminarium

Po zakończeniu nauki w szkole średniej, mimo wcześniejszych niechęci, ks. Zembrzuski zdecydował się wstąpić do wyższego seminarium w Płocku. Zrobił tak mimo sprzeciwu rodziców, którzy chcieli, żeby został na 18-hektarowym gospodarstwie. Bracia księdza natomiast poszli do wojska, z którego już nie wrócili na wieś i ojcowiznę. Rodzice tłumaczyli też, że już raz był w seminarium, z którego odszedł, więc nie ma sensu, by drugi raz wstępował, bo to jest niepoważne. Nie posłuchał słów rodziców i zrobił tak, jak postanowił. Naukę rozpoczął w 1986 roku wspólnie z 36 kolegami, z częścią których znał się z niższego seminarium.

- Oni skończyli niższe seminarium, a ja wróciłem do wyższego seminarium ze świata - opowiada ks. Witold. Wspomina, że nauka rzeczywiście była trudna. - Jak człowiek rozpoczyna seminarium, to nie ma pojęcia o jakiejś teologii, Piśmie Świętym, a tu poznawaliśmy nowe słownictwo i filozofię. A więc tego wszystkiego było dużo, nie dość, że weszło się w nowy świat, to jeszcze nowe przedmioty doszły do nauki - opowiada.

- W seminarium był regulamin i żyjąc zgodnie z nim mieliśmy czas na naukę, czas wolny i na poczytanie książek - mówi królewski proboszcz.

Kleryk w seminarium. (foto: zbiory prywatne)

Oprócz nauki klerycy wystawiali różne sztuki teatralne. Podczas zabawy andrzejkowej nie mogło zabraknąć przedstawienia w ich wykonaniu. Przyszli duchowni zwykle w sposób satyryczny opowiadali o seminaryjnym życiu i zachowaniu swoich profesorów i kolegów.

- Dla kogoś z zewnątrz nasze spektakle nie byłyby śmieszne, ale my mieliśmy ubaw po pachy, bo wiedzieliśmy, o którym profesorze jest mowa - opowiada z błyskiem w oku.

„Magiczny” strój

Szczególnie ważnym momentem - głównie dla rodzin kleryków - było założenie sutanny, tzw. obłóczyny. Dlaczego? Wówczas jeszcze student przez bliskich i świat zewnętrzny jest już postrzegany jako ksiądz. Po nałożeniu sutanny człowiek dla ludzi nie jest już Witkiem, a księdzem Witoldem.

- Dla nas, księży, obłóczyny nie są aż tak bardzo istotne, jak przyjęcie święceń diakonatu. Przyjmując je człowiek już jakby bezpowrotnie podejmuje decyzję na całe życie, bo są to święcenia kapłańskie. To już jest pierwszy stopień kapłaństwa, bo - jak mówimy - jest jedno kapłaństwo, które ma trzy stopnie: diakonat i prezbiteriat, czyli zwykły ksiądz i sacra biskupia. Będąc diakonem już jest się kapłanem, a więc ma się te same obowiązki, co ksiądz - podkreśla ks. Witold.

Co ksiądz Witold czuł po założeniu sutanny? Przyznaje, że było to dziwne uczucie. Miał wrażenie, że każdy na niego patrzy, co oczywiście było nieprawdą. Dumę młodych kleryków gasili inni.

- Wystarczyło przejść się ul. Grodzką czy Kwiatka i panowie spod budek z piwem szybko sprowadzali na ziemię, przeklinając nas, na czym świat stoi, bo byliśmy dla nich solą w oku. Nie mogli pojąć, że ktoś zostaje księdzem i chce żyć inaczej. Nie sposób takie nieuzasadnione ataki wytłumaczyć czymś innym niż wyrzutem sumienia - tłumaczy ks. Witold.

Pierwsze kazanie

W seminarium przykładem dla księdza Witolda był wychowawca ksiądz Seweryniak, który był wymagającym nauczycielem.

- Prowadził z nami zajęcia z teologii fundamentalnej, którą dość lubiłem. Podobał mi się sposób prowadzenia przez niego wykładów. Lubiłem jak mówił i głosił kazania. Był i nadal jest człowiekiem z pasją i mądrym - wspomina proboszcz.

Pierwsze kazania młodzi klerycy najpierw pisali na kartkach, które musiał zaakceptować profesor od homiletyki. Po akceptacji młodzi akolici wygłaszali je w kościele św. Jana, który jest przy seminarium. Ksiądz Zembrzuski pamięta, że pierwszą homilię wygłosił w czasie nabożeństwa majowego.

- Pamiętam, tematem kazania było to, że kościół jest powszechny i katolicki - śmieje się ks. Witold. - Trudno dzisiaj mówić, że było to mówienie kazania, raczej to się odczytywało albo recytowało wcześniej wykuty na pamięć tekst. Trema była przeogromna, bo pierwszy raz człowiek stawał przed wiernymi i kolegami - dodaje.

Święcenia kapłańskie ks. Zembrzuski otrzymał 13 czerwca 1992 r. z rąk nieżyjącego już biskupa płockiego Zygmunta Kamińskiego. Jak wspomina duchowny, leżąc krzyżem w katedrze płockiej czuł niepewność i zastanawiał się, czy na pewno sobie poradzi oraz jakim narzędziem będzie w rękach Boga.

- Trudno te wszystkie uczucia zwerbalizować. W każdym razie była też radość, że się dotrwało, że kończy się seminarium i że pewien etap się zamyka. Na pewno była też duża niepewność co do przyszłości - wspomina proboszcz.

Mimo wcześniejszego sprzeciwu, w dniu święceń syna rodzice byli wzruszeni i dumni, że jednak dotrwał w powołaniu i został kapłanem.

Dużo dzieci

Po święceniach kapłańskich decyzją biskupa płockiego ks. Witold został skierowany do pracy duszpasterskiej do płockiej Imielnicy. To tam jako „szefa” miał ks. proboszcza Kazimierza Kowalskiego, człowieka niezwykle dobrego i wyrozumiałego jak ojciec. To właśnie on wprowadził młodego wikariusza w kapłaństwo. Jak każdy nowo wyświęcony duchowny, tak i ks. Witold Zembrzuski starał utożsamić się ze swoim pierwszym proboszczem, który zawsze był uśmiechnięty.

- Myślę, że ten uśmiech, który nie znika z mojej twarzy, to mi po nim został - żartuje, wspominając swojego pierwszego przełożonego.

To właśnie w Imielnicy postanowił szczególnie pomagać ludziom, a zwłaszcza dzieciom. Ksiądz Witek dostrzegł potrzebę otworzenia świetlicy socjoterapeutycznej dla dzieci z rodzin z dysfunkcjami oraz dom dziennego pobytu dla osób starszych, gdzie mogły się spotykać i przebywać w swoim środowisku. Oprócz możliwości przebywania w ośrodku i integracji podopieczni mieli zapewniony posiłek. Dodatkowym zajęciem podczas wakacji ks. Zembrzuskiego było kierowanie ośrodkiem kolonijnym dla dzieci w Soczewce. Na turnusy w tamtym czasie przyjeżdżało około 200 dzieci. Zadaniem księdza była praca z opiekunami oraz troska o bezpieczeństwo podopiecznych. Oprócz jak najciekawszej organizacji czasu na koloniach, ks. Witold chciał być dla nich jak ojciec.

- Pamiętam, że na jednym z turnusów prawie doszło do tragedii - jeden chłopiec o mało nie umarł. Rodzice wysłali na kolonie syna z bolącym brzuchem, dawali mu leki przeciwbólowe, ale nie poszli do lekarza - wspomina kapłan. Do lekarza za to pojechał ks. Zembrzuski i okazało się, że chłopiec ma atak wyrostka.

Dużo problemów było też z bolącymi zębami, z którymi przyjeżdżały dzieci. Opiekunowie wraz z księdzem wozili je do znajomej dentystki, która po którejś już interwencji zapytała, czy ksiądz dużo ma jeszcze dzieci?! Ksiądz wyjaśnił, że przecież to nie jego, ale odpowiada za nie i chce ulżyć ich cierpieniu.

Po 3 latach pracy w Imielnicy kolejną parafią, do jakiej skierowano młodego księdza, była powstająca w Mławie parafia  pw. Matki Bożej Królowej Polski.

W Mławie do pomocy przy budowie świątyni wykorzystał ks. Zembrzuski swoje znajomości z Płocka, w którym poznał właścicieli dużej hurtowni budowlanej. To właśnie dzięki temu udało się w dobrej cenie i bez zwłoki załatwić materiały i tym samym szybko zakończyć przedsięwzięcie.

Cały czas ks. Witold pamiętał też o swoim powołaniu i służbie. W Mławie również założył świetlicę, prowadził warsztaty dla dzieci oraz był członkiem komisji rozwiązywania problemów alkoholowych.

Kolejną parafią, w której pracował była parafia św. Marcina w Gostyninie. Spędził tam prawie 6 lat i podobnie jak w innych parafiach również założył świetlicę dla dzieci (istnieje do dzisiaj) oraz warsztaty terapii zajęciowej dla osób niepełnosprawnych.

Po Gostyninie była praca w Ratowie oraz Płońsku. W Ratowie ks. Witold Zembrzuski objął opuszczany przez zakonnice klasztor oraz kościół i pełnił funkcję rektora. W krótkim czasie w Ratowie udało się księdzu osuszyć fundamenty świątyni oraz dokończyć rozpoczętą konserwację ołtarza. Dzisiaj ratowski kościół jest diecezjalnym sanktuarium św. Antoniego.

Po 2 latach trafił na kilka miesięcy do nowej parafii w Płońsku, skąd skierowano go do samodzielnego zarządzania parafią w Królewie.

Lekcja samotności

Po latach spędzonych w dużych miastach ks. Zembrzuski trafił na wiejską parafię, gdzie musiał uczyć się życia w samotności i probostwa.

- Po tych wszystkich pobytach w mieście zostałem proboszczem w Królewie. Trzeba było się nauczyć zarządzania parafią i bycia proboszczem, a już tym bardziej bycia proboszczem na wsi - wspomina ks. Witold. Dodaje,  że praca w mieście ma inną specyfikę, bo ksiądz jest bardziej anonimowy, ludzi zbytnio nie obchodzi, z kim ksiądz rozmawia lub do kogo idzie. Natomiast na wsi duchowny jest jakby bardziej na świeczniku.

- Moje początki w Królewie polegały na nauczeniu się życia w samotności, bo na wszystkich wikariatach było nas kilku księży, a tu byłem sam - mówi kapłan. Od razu dodaje, ze budujące było to, że ludzie przyjęli go z życzliwością i sympatią.

- W Królewie było i jest naprawdę sympatycznie. Nie mam, albo o tym nie wiem, żebym miał jakichś tam wrogów. Ludzie są życzliwi, sympatyczni, uczynni i dogadujemy się. Jakby było inaczej, to pewnie chcieliby już zmiany - żartuje proboszcz Zembrzuski.

To w Królewie odkrył, że świetnym sposobem na dotarcie do wiernych są wspólne pielgrzymki do znanych sanktuariów i miejsc kultu w Polsce i za granicą.

Wspólnie z królewskimi parafianami był już m.in. w Czechach, na Litwie, we Włoszech, w Niemczech, Izraelu, Belgii, Francji, Hiszpanii, Szwajcarii i ostatnio w Meksyku. Pomysł na wyjazdy zagraniczne zrodził się po zwiedzeniu pięknych zakątków i kościołów w Polsce.

Ankieta personalna

Wady: głuchy muzycznie w pień.

Zalety: opanowanie, życzliwość, humor, otwartość na ludzi, również poprzez media społecznościowe.

Ulubiona potrawa: ryby.

Ulubiony kolor: niebieski.

Zawsze marzyłem o: pilotowaniu samolotu.

Denerwuje mnie: jak nie osiągam celu.

Wolny czas spędzam: czytając, podróżując, odwiedzając.

Ulubione słowo (zwrot): aczkolwiek.

Talent, który nie do końca wykorzystałem: majsterkowanie.

Góry, Mazury, a może morze? Góry.

Piwo, wino, wódka? Alkohol okazjonalnie.

Nie lubię, gdy: nie mogę nawiązać kontaktu z drugim człowiekiem.

Boże Narodzenie czy Wielkanoc: Boże Narodzenie.

W ukochanych górach. (foto: zbiory prywatne)

Reklama

Z żalem, ale z szacunkiem i klasą pożegnano proboszcza w Królewie komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez plonszczak.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

pł1994 z siedzibą w Płońsk 09-100, Płocka 85A,

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"